Esplanada Sanu

Esplanada Sanu

Pod rozmaitymi imionami was tylko sławiłem, rzeki!
Wy jesteście i miód i miłość i śmierć i taniec”
(Czesław Miłosz „Rzeki”)

Bardzo chciałbym, aby i kolejne pokolenia mogły chociaż dotknąć tych emocji oraz poznać ten smak jakiego myśmy zaznawali korzystając z wielkiego bogactwa naszych rzek. Było dużo radości pomimo, że lata osiemdziesiąte nie były łatwe. Na wyprawy wędkarskie jeździliśmy rowerami, autobusami oraz pociągami. Było skromnie, czasami wręcz siermiężnie. Z kartkami na żywność i wyroby czekoladopodobne, bez smartfonów, bez internetowych komunikatorów, z telewizją publiczną oferującą aż dwa programy. Pomimo tych cywilizacyjnych niedostatków cieszyliśmy się swoim towarzystwem, ludzie chyba czuli się szczęśliwsi, będąc bliżej siebie i swoich pasji. Dziś pomimo skoku cywilizacyjnego i praktycznie wręcz nieograniczonej dostępności do wszelkich dóbr bardzo często brakuje nam czasu nie tylko na sąsiedzkie rozmowy. Konsumpcyjny tryb życia w połączeniu z oderwaniem ochrony przyrody od nauki i dobrych praktyk powoduje za kolejne gatunki ryb stają się zagrożone wyginięciem. Zapala się czerwony alert. Jeśli nie zadbamy należycie o nasze rzeki, to nie przekażemy w ręce naszych dzieci i wnuków nawet niewielkiej części tego, co przekazali nam nasi rodzice i dziadkowie. Marzy mi się, aby poniższa historia była inspiracją dla wszystkich ludzi kochających ojczystą przyrodę, ale również źródłem nowych pomysłów i energii niezbędnych do działania, a nie do narzekania!

San to ukochana rzeka mojego dzieciństwa. To z nią przeżywałem największe ekscytacje, to Ona mnie uczyła i karciła, jak niesfornego syna. Spędzając wakacje u babci, w wolnych chwilach, buszowałem po starorzeczu w Woli, a nierzadko wybierałem się nad główny nurt, zwany przez nas „Dużym Sanem”. Dżungla zieleni okalała rzekę. Często przedzierałem się między „zielepuchami” i piekącymi pokrzywami. Znałem każdy dołek, podmycie, kamień, wsteczniak i prądzik. Zawsze bardzo podekscytowany, gdy ruszałem na łowy. Dno było twarde i skaliste, miejscami były niewielkie łachy piasku i żwiru, a czasami dno urozmaicały duże kamienie. Przy nurcikach kręciły się strzebelki, a przy dnie żerowały kiełbiki, ślizy i głowacze. Na kamieniach było pełno domkowców, larw jętek a w zastoiskach, przy głazach z mchami, mnóstwo kiełży. Jednak o kropkowańca, za którymi się głównie uganiałem, wcale nie było łatwo. W oczekiwaniu na atak tłustego pstrągala, za każdym przepuszczeniem woblerka pod podmytymi burtami i nawisami gałęzi, buzowały we mnie emocje. Ciarki mi przechodziły po całym ciele, oddech przyśpieszał, a źrenice błyszczały i pożądliwym wzrokiem okalały toń wody, jakby chciały przeniknąć do jego wnętrza, ujrzeć jej mieszkańców oraz posiąść tajemnicę jej głębin.

Często chodziłem „Nad Jamę” i podziwiałem krążące poniżej lipienie w stadkach od kilku do kilkunastu sztuk. Co ciekawe miały swoje rewiry i jedna rodzina nie wpływała na miejsce żerowania drugiej. Powyżej bardziej przy lewym brzegu pływały setki kleni, zaś na środku jamy dumnie paradowały olbrzymie złociste brzany, a tuż pod moim brzegiem lusterkowały stada świnek. Gdzieś między nimi można było ujrzeć olbrzymie walcowaty kształty w kolorze miedzi, jednak wtedy nie wiedziałem co to za ryby. Cóż to był za widok! Łapczywym wzrokiem napawałem się tym krajobrazem. Wieczorami chodziłem podglądać olbrzymie kardynały zbierające chruściki, które siadały na wodzie, aby złożyć jaja po swym ostatnim miłosnym uniesieniu i dać początek nowego życia.

Tego dnia słońce było wysoko, a na tle pięknego błękitu nieba z rzadka można było zauważyć białe, kłębiaste chmury. Było upalnie, suche powietrze stało w miejscu. Szedłem żwawo pokonując dobrze znaną mi ścieżkę, chwilami przystawałem. Chłonąłem piękno rzeki, jej zapachy i głosy. Woda tego dnia jakby wolniej płynęła, może trochę zdrzemnęła się po słonecznej kąpieli, a może się nigdzie nie śpieszyła. Jej lustro było spokojne, nie widziałem ani jednego oczka. Ryby majestatycznie pozowały, jakby prezentowały nowe kreacje Armaniego, Diora czy Coco Chanel. Czaplom również udzielił się ten nastrój i stały w cieniu drzew nieruchomo. Chłonąłem ten widok, każda chwila była wyjątkowa, inna i niepowtarzalna. Chciałem zapisać w mej pamięci każdy szczegół. Każda chwila spędzona nad Sanem, każde spotkanie z jego majestatem smakowało, jak pierwszy łyk wody dla spragnionego wędrowca strudzonego marszem po bieszczadzkich połoninach. I gdy już miałem wracać do domu, w oddali ujrzałem dwóch ludzi idących rzeką w moim kierunku. To był Waldek ze swoim kompanem. Po kwadransie byli już obok mnie – krzyczę dzień dobry! Cześć Młody! Co tam z tego brzegu widzisz? Wyrzucam z siebie, jak z armaty, że taaakie ryby tu stoją i rozciągam szeroko ręce, aby unaocznić przybyszom duże rozmiary białorybu. Przyjmują moją informację bez ekscytacji. Łowią pstrągi „na rękę” i inne ryby ich nie interesują. Wyższy, krępy blondyn wchodzi do dołka głębokiego na 1,5 m i wypłasza pię

dziesiątaka, który po dwudziesto-pięcio metrowym sprincie zatrzymuje się na wypłyceniu, przy skale.

Prawdziwi wilk wodnej krainy w całym majestacie ukazuje się moim oczom. Była to wyjątkowa symfonia pięknych kolorów. Powiedział bym, że miał kształt torpedy z owalną głową, dużą paszczą oraz masywnym korpusem zwężającym się ku sporemu pomarańczowemu ogonowi, którego górna część miała odcień purpury. Powyżej złocistego brzucha było widocznych kilka dużych czarnych krop, które przeobrażały się w centralnej części linii bocznej na przepiękne, makowo-czerwone kropki otoczone białymi, cienkimi obwódkami, a czym były bliżej ciemno oliwkowego grzbietu, lekko ciemniały, by w końcu zupełnie zaniknąć. Płetwy brzuszne miały kolor pomarańczy, zakończone delikatnymi, białymi obrysami. Zaś nieduża płetwa grzbietowa była pokryta czarnymi cętkami z mocno zaakcentowanym przodem w postaci białego konturu z ciemno-purpurowym znaczkiem. Jego policzki srebrzyły się na niebiesko, a czereśniowo-czerwony obrys płetwy tłuszczowej dodawał mu subtelności. Ta maestria barw wprawiała w zachwyt. Nigdy nie widziałem piękniejszej czerwieni, jak kropki pstrąga potokowego!

Wiedzą, że jak do niego podejdą szybko to ucieknie i rozpłynie się w morzu wody i turkusowym dywanie glonów. Waldek jest niewysoki, ma smagłą, opaloną twarz z czarnym zarostem i lisim wzrokiem oraz rozwichrzoną czuprynę. Brodzi rzeką, jak gdyby spacerował esplanadą. Instynktownie wie, że aby zdobyć nagrodę musi być cierpliwy, więc czeka jak chmura przesłoni słońce i wtedy zwinnymi kocimi ruchami, powoli podchodzi do kamienia. Lorbas ma głowę skierowaną lekko ku górze nurtu. Kudłaty łowca klęka na kolana, oplata dłonie glonami i zanurza je powyżej ryby. Delikatnie muska rybę, jakby lekko ją pieścił…

Najpierw ogarnęło mnie zdziwienie, później zachwyt, a następnie złość, a nawet zazdrość, że tak piękny i dorodny pstrąg padł łupem tego drania! W tamtych czasach pstrągi były nieliczne na Sanie, a złowienie czterdziestaka było wydarzeniem. Wracałem do domu bardzo zmartwiony, że taki okazały „kaban” został pojmany, chociaż kunszt kłusowników zrobił na mnie duże wrażenie.

Dziś ich bym tak wcale nie nazwał, gdyż są lepsi. W majestacie prawa przy pomocy prądownic odławiają ryby na tarliskach, jeszcze inni używają sieci, a kolejni wpuszczają do rzeki błoto i zanieczyszczenia. Waldek dla mnie dziś to nie kłusownik, a raczej świetny znawca natury, fachowiec, a może nawet i mistrz!

„Więc nim mrok się zagłębi i cienie po kątach się splotą. Niech się ciśnie do oczu, niech wiecznie pozwoli mi śnić płowy bawół, orzeł błękitny i pstrąg złoty. Bo doprawdy, czyż warto inaczej na ziemi tej żyć” (fragment Pieśni Gruzińskiej Bułata Okudżawy).

Warunki jakie musisz spełnić wstępując do naszego stowarzyszenia.

Image

Dane kontaktowe:

Zagórz ul. Piłsudskiego 37

782-383-797

Warto zerknąć:

Subskrypcja

Bądz na bieżąco. Dodaj swój adres e-mail.

Nie wysyłamy spamu.
Twój adres poczty jest poufny.